Artykuły | Produkcja przemysłowa

18 marca 2026

Inżynierowie nie plajtują. Wywiad z Arturem Mydlarzem

Agnieszka Szypielewicz

Artur Mydlarz

Czy norma ISO 9001 może być idealnym przepisem na życie? Prowadzenie firmy? Upragniony awans? Artur Mydlarz, ekspert inżynierii jakości i twórca Szkoły Jakości, udowadnia, że inżynierski mindset to coś znacznie więcej niż analiza rysunków technicznych i norm. W świecie zdominowanym przez AI to właśnie ciągła nauka i gęsta sieć kontaktów stają się gwarancją bezpieczeństwa na rynku pracy.

Redakcja: Zapytałam ChatGPT o ciebie i dostałam odpowiedź, że lubisz konkret i nie boisz się rozmowy o pieniądzach. Jaki zatem był największy przelew, który dostałeś w związku ze swoim projektem?

Artur Mydlarz.: 300 tys. zł.

Redakcja: No, tego się nie spodziewałam!

A.M.: To był przychód za jeden miesiąc z platformy szkoleniowej Szkoła Jakości, którą założyłem parę lat temu. Taki miałem największy miesięczny przychód z naszej działalności, na który złożyła się głównie sprzedaż szkoleń z użycia ChatGPT i AI w zarządzaniu jakością, a także szkoleń z audytowania i podstaw kontroli jakości. Fajny miesiąc, listopad, więc to była najwyższa skala. Kosztowało mnie to dużo pracy, promocji i marketingu. Zauważyłem, że nakład pracy był zbyt wysoki w stosunku do uzyskanego przychodu i postanowiłem już takich rzeczy nie robić – mówiąc wprost, wystarcza mi po prostu mniej. Gdzieś tę skalę osiągnąłem, ale to jest fajny przykład pokazujący, dokąd można dojść jako inżynier, pracując solo, z małym zespołem. Wiele osób tkwi w bańce, że można zarabiać maksymalnie 10-20 tys. zł, a 30-40 tys. zł to pułap zarezerwowany tylko dla dyrektorów. A dzisiaj są alternatywne drogi zarabiania i budowania kariery.

Czego warto się uczyć?

Redakcja: Jak rozpoczęła się twoja droga do inżynierii?

A.M.: Pochodzę z bardzo małej miejscowości i na oczy nie widziałem inżyniera, dopóki nie skończyłem studiów. Nie wiedziałem czym się zajmuje i co robi. Wokół mnie były osoby, które pracowały fizycznie na budowie czy w sklepach. Jedynym sposobem, żeby uciec z tej rzeczywistości, był wyjazd do Anglii czy Ameryki do pracy na budowie, albo nauka. Ponieważ miałem predyspozycje, lubiłem matematykę i informatykę, po prostu się uczyłem. Miałem też epizody pracy na budowie za granicą, żeby zarobić na studia, bo sam utrzymuję się od 19. roku życia. Dostałem się na inżynierię materiałową na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pierwszej pracy szukałem jeszcze na piątym roku studiów. To był 2001 rok, bezrobocie wynosiło 16 proc., więc człowiek cieszył się, że złapał cokolwiek. Moja pierwsza wypłata wynosiła 1400 zł. Dopiero pracując w firmie Sikorski przy helikopterach, zaczynając od laboratorium metalograficznego, zobaczyłem, co w praktyce robią inżynierowie. Wtedy spodobała mi się praca inżyniera jakości i postanowiłem się w tym rozwijać, chociaż wszystkiego musiałem uczyć się sam od zera.

Redakcja: Miałeś jakiegoś mentora lub wykładowcę, który wskazał ci odpowiednią ścieżkę?

A.M.: W żadnym wypadku. I dlatego właśnie powstał projekt inzynierjakosci.pl i Szkoła Jakości. Obserwuję u naszych kursantów ten sam schemat: osoby pracujące na uczelniach często nie mają bladego pojęcia, co się dzieje na rynku. Przez pięć lat studiów nie mieliśmy ani jednego przedmiotu uświadamiającego, jakie są zawody i co robi technolog, inżynier procesu czy inżynier jakości dostawców. Była tylko czysta teoria, nikt z nas nie wiedział, co można po studiach robić. Szkoła Jakości to pomost pomiędzy uczelnią a rynkiem. To brakujący element, którego potrzebują i młodzi ludzie, i firmy. Firmy chciałyby inżynierów po studiach, którzy wiedzą, jak przeprowadzić 8D, jak rozwiązywać problemy, jak w praktyczny sposób doskonalić procesy za pomocą narzędzi Lean i jak dobrze mówić technicznym, korporacyjnym angielskim.

Redakcja: Niektórzy pracodawcy narzekają, że wielu młodych ludzi po studiach przestaje się uczyć. Jakie umiejętności dają im dziś największą przewagę rynkową?

A.M.: W zawodach inżynierskich nie ma opcji, żeby się nie uczyć. Wchodzi się do organizacji jako „tabula rasa” i jeśli ktoś w okresie od 25. do 30. roku życia nie weźmie się za robotę i nie zbuduje wiedzy praktycznej, to ciężko widzę jego karierę na kolejne lata. Zwłaszcza biorąc pod uwagę rozwój sztucznej inteligencji. Praca inżyniera to praca umysłowa związana z analizowaniem rysunków, danych, specyfikacji i norm. Sztuczna inteligencja już potrafi wspaniale przekładać to na język biznesowy i procesowy. Kiedy firmy w końcu przekonają się do tego mentalnie ze względu na efektywność, na rynku przetrwają naprawdę tylko najlepsi inżynierowie.

Influencer czy inżynier?

Redakcja: Jak się nie zniechęcić? Często pojawia się myślenie: „skoro zastąpi nas AI, to po co się starać, może lepiej zostać influencerem?”.

A.M.: Bycie influencerem jest jeszcze trudniejsze, wymaga większego nakładu pracy i panuje tam jeszcze większa konkurencja. Influencerem może być każdy, inżynierem nie – tu wymagana jest całkowicie inna pula wiedzy i kompetencji. Pula wejścia jest bardzo wysoka, bo w Polsce trzeba jednak przejść przez te pięć trudnych lat studiów. Nikogo na siłę nie namawiam do inżynierii. To wymagająca praca, którą trzeba lubić. Jeżeli ktoś chodzi do niej na siłę i nie chce się uczyć, niech szybko znajdzie sobie inne zajęcie, bo tacy ludzie zostaną zastąpieni najszybciej.

Jeśli jednak jesteś naprawdę dobry i podoba ci się to, co robisz, to pracy i pieniędzy nigdy ci nie zabraknie.

Można zarabiać po 30-40 tys. zł., dokładając do etatu prowadzenie szkoleń czy zewnętrznych projektów.

Redakcja: Jakie szkolenia czy certyfikaty najbardziej otworzyły ci umysł i popchnęły do rozwoju?

A.M.: Wyróżniłbym dwie kompetencje. Po pierwsze, kompetencje audytora. To pozwoliło mi zobaczyć procesy z bliska i otworzyło drogę do bycia inżynierem, a później menedżerem jakości dostawców. Audytowałem firmy w Kanadzie, Ameryce, całej Europie, a także w Azji. Ktoś, kto spędzi pięć lat w jednej fabryce przy jednym procesie, zdobędzie zupełnie inne doświadczenie niż ktoś, kto w tym samym czasie zrobił 200 audytów u 50 globalnych dostawców. Druga rzecz to umiejętności miękkie. To jest absolutny booster dla inżyniera. Operujemy w świecie biznesu, więc musimy nauczyć się języka biznesu, komunikacji i argumentowania swoich racji. Inteligencja emocjonalna, rozumienie motywacji innych i budowanie empatii są kluczowe. Czasami półgodzinne, logiczne tłumaczenie pewnych rzeczy działowi zakupów daje mniejszy efekt, niż wypicie z danym człowiekiem kawy i lepsze poznanie go. Tego sztuczna inteligencja za nas nie zrobi.

Redakcja: Skoro mowa o rewolucji AI, jak ona zmieniła twoją pracę od 2022 roku?

A.M.: Ja permanentnie pracuję z AI i to narzędzie pomaga mi w taki sposób, że mam teraz cztery, pięć godzin wolnego czasu dziennie. Mądrze zaprojektowani asystenci, na przykład w Claude czy w płatnej wersji ChatGPT, potrafią pracować jak kompetentni ludzie, tylko robią to dziesięć razy szybciej i precyzyjniej, bez poprawek. Szybko uczą się twojego stylu pracy i po prostu wykonują zadania. Model językowy doskonale ogarnia tematykę, pomaga definiować procedury, tworzyć instrukcje pracy czy wyszukiwać marnotrawstwa. Ja nie wyobrażam sobie powrotu do czasów bez sztucznej inteligencji, bo moja produktywność by drastycznie spadła. Wymaga to jednak inżynierskiego mindsetu: umiejętności dostrzegania, że wszystko jest systemem i procesem, a większość rzeczy da się zautomatyzować.

ISO 9001 w praktyce

Redakcja: Co jest najciekawszego w systemach i standardach ISO? Dlaczego warto się tym zająć i dlaczego sam postanowiłeś pójść w tym kierunku? Zwykle kojarzy się to z suchym weryfikowaniem, czy wszystkie elementy procesu odpowiadają standardom – z takim zwykłym odhaczaniem kolejnych punktów na liście. Czy bardzo się mylę?

A.M.: Twoje postrzeganie pokrywa się z ogólnym przekonaniem w społeczeństwie, ale jest to założenie błędne.

Każdy, kto głębiej wejdzie w systemy ISO, powie później, że to idealny przepis na życie i prowadzenie biznesu.

Trzeba to tylko odpowiednio poznać. Jeżeli zrozumiemy cykl Deminga (PDSA) i zdamy sobie sprawę, że norma ISO to prosty sposób na realizację dowolnego procesu – od rozwoju kariery po zarządzanie firmą – to wszystko staje się jasne. ISO zostało napisane tak, by było równie praktyczne dla dwuosobowej firmy drukującej naklejki na koszulki, jak i dla ogromnej korporacji budującej silniki odrzutowe.

Redakcja: Jak to działa w praktyce?

A.M.: Opiera się to na bardzo prostym schemacie. Weźmy na przykład rozwój kariery. Norma wymaga od nas po pierwsze zrozumienia swojego kontekstu – zarówno zewnętrznego (środowisko, zapotrzebowanie na rynku), jak i wewnętrznego (twoje mocne i słabe strony). Następnie wyznaczasz sobie cele zawodowe, na przykład: chcę zostać dyrektorem lub prezesem własnej firmy. Kolejny krok to zaadresowanie ryzyk: dlaczego jeszcze tym prezesem nie jesteś? W oparciu o to tworzysz plan zmniejszenia tych ryzyk rozłożony w czasie, ustalając, czego musisz się nauczyć i jakie doświadczenie zdobyć.

Kiedy znasz już ryzyka i kontekst, norma mówi wprost: musisz zaplanować zasoby. W przypadku kariery będą to szkolenia, poprawa CV, czy dostanie się do odpowiedniej firmy, ale też zasoby funkcjonalne – czyli zbudowanie struktury i procesów, które pozwolą ci wytrwać w dążeniu do celu. Potem następuje realizacja planu: szkolimy się, rozsyłamy CV.

Kolejny kluczowy etap to „check”, czyli sprawdzenie – to, o czym wspominałaś, ale w nieco innym kontekście. Weryfikujemy ze standardem, czy to, co zrobiliśmy, faktycznie działa. Czy nasze nowe CV przynosi efekty? Jeżeli nie, wracamy do punktu wyjścia: planujemy na nowo, poprawiamy błędy i zapewniamy inne zasoby.

Ten cykl odnosi się tak naprawdę do wszystkiego w życiu. W ten sam sposób prowadzisz firmę (planujesz zasoby, produkujesz, sprawdzasz efekty), ale możesz też zaplanować schudnięcie 10 kilogramów.

Jeśli ktoś dobrze zrozumie ten mechanizm, zyskuje samoistny system do uporządkowania sobie życia i nadania mu struktury.

Ogromnym plusem jest też jego uniwersalność – rozumiejąc ten sposób działania, możesz pracować w dziedzinie jakości w każdej firmie, niezależnie od branży.

Redakcja: To wszystko wymaga jednak ogromnej samoświadomości i zrozumienia, o co nam w życiu chodzi. Mnóstwo osób w dzisiejszych czasach jest zagubionych i przebodźcowanych. Jak stworzyć sobie taką strukturę w tak chaotycznym świecie?

A.M.: Właśnie poprzez ocenę ryzyka. Jeśli jesteś przebodźcowana lub nie wiesz do końca, co chcesz w życiu robić, to identyfikujesz to jako swoje ryzyko. Jeśli nie wiesz, co chcesz robić, zaplanuj działania, które pomogą ci to zrozumieć – może to być wizyta w poradni, rozmowa ze specjalistą albo po prostu testowanie różnych rozwiązań. Robisz sobie taki osobisty audyt: oceniasz, gdzie obecnie jesteś, jak się zachowujesz, jaką masz wiedzę i jak funkcjonują twoje emocje. Odpowiadając sobie na te pytania, diagnozujesz słabe i mocne strony. Gdy celowo zaadresujesz działania do tych słabych obszarów, w końcu coś zacznie się zmieniać. To jest właśnie najpiękniejsze w podejściu jakościowym – można je zastosować do absolutnie każdej części życia.

Redakcja: Nigdy bym nie pomyślała, że normy jakości można przełożyć na codzienne życie, poza sferą inżynieryjną.

A.M.: Można, choć powiem szczerze, że mnie samemu zrozumienie tej normy zajęło aż sześć lat! Jest ona napisana tak specyficznym językiem, że biorąc ją do ręki po raz pierwszy, trudno to wszystko od razu wychwycić. Trzeba najpierw dostrzec szerszy obraz i zrozumieć to ogólne podejście, a dopiero potem wczytywać się w szczegóły i konkretne zapisy.

Trzy wyjścia

Redakcja: Zastanawiam się nad jedną kwestią. Z jednej strony można się rozwijać; zdobywać kompetencje, wiedzę, umiejętności, ale w niektórych źródłach czytam, że w różnych zakładach czy firmach można się zetknąć z „betonowym” podejściem kierownictwa: „robiliśmy coś w konkretny sposób i nie będziemy zmieniać, bo to działa”. To może rodzić ogromną frustrację wśród inżynierów z dużym potencjałem. Jak sobie z tym poradzić?

A.M.: Mój mentor powiedział mi kiedyś: w takiej sytuacji masz trzy wyjścia. Możesz to zaakceptować, możesz próbować zmienić sytuację poprzez budowanie narracji i argumentację, albo możesz odejść. Nie każda firma jest zabetonowana i konserwatywna, są firmy stawiające na innowacje i ciągły rozwój.

Duszenie się w toksycznym miejscu to strata energii życiowej, która przypomina wegetację i małą śmierć.

Jeżeli inżynier dochodzi do wniosku, że wokół wszyscy są oporni na zmiany i nic się nie da zrobić, to pierwszy sygnał, żeby odświeżyć CV i szukać czegoś innego.

Redakcja: Czy inżynierowie powyżej 50. roku życia mają realne powody, by obawiać się o pracę i bać się wykluczenia?

A.M.: Odpowiem prosto z mostu: uważam, że jeżeli ktoś ma 50 lat i 30 lat doświadczenia jako inżynier, a nie może znaleźć pracy, to znaczy, że jego kariera poszła nie tak, jak powinna. Inżynier z 30-letnim, prawdziwym i dobrym doświadczeniem, z odpowiednią etyką pracy, będzie rozchwytywany wszędzie i brany z pocałowaniem ręki. Jeśli jednak ktoś przesiedział te lata narzekając w jednej firmie, bał się zmian i wykonywał w kółko te same czynności, nie budując przy tym ani siatki kontaktów, ani nowych kompetencji, może mieć pretensje wyłącznie do siebie. Trzeba świadomie budować markę osobistą, a nie obudzić się po dwudziestu latach w tej samej rutynie i dziwić się, że przestaliśmy być potrzebni na rynku.

Redakcja: Mówimy o życiu inżyniera. Słyszałam kiedyś opinię, że w biznesie każdy musi przynajmniej raz zbankrutować. Czy w twojej karierze była kiedyś sytuacja, w której pomyślałeś sobie: „nie dam rady, to jest porażka i już się nie podniosę”?

A.M.: Pewnie, takie momenty zdarzają się cały czas, ale to wyłącznie fałszywe sygnały z mojego mózgu, które nie mają przełożenia na rzeczywistość. Logicznie wszystko świetnie funkcjonuje, a głowa i tak podpowiada, że zaraz to wszystko padnie.

Koszt dotarcia do celu

Redakcja: W inżynierii lotniczej, w której pracowałeś, nawet najmniejszy błąd w procesie może oznaczać katastrofę…

A.M.: Dokładnie. Jeżeli w procesie produkcyjnym okazuje się, że cztery łopatki do turbiny mają wadę, która w powietrzu może doprowadzić do jej pęknięcia i zniszczenia całego silnika, to od razu serce zaczyna ci szybciej bić. Od razu zastanawiasz się, czy wadliwa część nie została już wysłana do klienta i czy nie zamontowano jej w samolocie. W inżynierii cały czas przewiduje się najgorsze scenariusze. Kiedy wchodzisz do własnego biznesu, takich nieprzewidywalnych sytuacji i małych sygnałów ostrzegawczych jest mnóstwo. Sam miałem wiele momentów, w których myślałem, że to już koniec, a jednak wszystko toczyło się dalej i kończyło dobrze.

Z mojej perspektywy inżynierowie nie plajtują, ponieważ mają umysły nastawione na szukanie ryzyk, ciągłe analizowanie kontekstu i wyłapywanie słabych sygnałów.

Z naturalną łatwością budują procesy, systemy, automatyzacje i dbają o ich „nudną” powtarzalność. Jeśli dodamy do tego mindset ukierunkowany na ciągłe doskonalenie – szukanie, co można jeszcze poprawić, gdzie dokręcić lub poluzować śrubkę – to osoba przenosząca taką praktykę inżynierską do biznesu staje się w zasadzie niezatapialna.

Warunek jest jeden: trzeba umieć połączyć te techniczne umiejętności z aspektami biznesowymi, o których wspominałem wcześniej – z komunikacją, marketingiem, umiejętnością prezentowania swoich racji i budowaniem relacji. Zdarza się przecież, że masz genialny produkt lub usługę, ale jeśli nie potrafisz jej sprzedać ani zbudować więzi z klientem, nikt tego od ciebie nie kupi. Czasami wspólna kawa z drugim człowiekiem daje większy efekt niż pół godziny logicznego tłumaczenia danych procesowych. Tego AI za nas nie zrobi.

Redakcja: Jak radzisz sobie z kosztami emocjonalnymi takiego tempa życia?

A.M.: Od pięciu lat co tydzień jestem na terapii, gdzie przedyskutowuję różne tematy. Mam też świetne relacje z żoną, uprawiam dużo sportu. Trzeba jednak przepracować świadomość tego, że jeśli chcesz dotrzeć do miejsc, do których inni nie docierają, musisz ponieść tego koszty. To jak w dokumencie o Chicago Bulls: każdy w dzieciństwie chciał być Michaelem Jordanem trafiającym rzut w ostatniej sekundzie, ale rzadko kto wytrzymałby jego samotną rutynę, ciągłe siedzenie w hotelach i autokarach. Żyję bardzo skromnie, pieniądze nie są moim głównym napędem. Dla mnie największą przyjemnością jest dzisiaj sam proces twórczy. Kiedy wpadnę na coś innowacyjnego, napiszę program szkoleniowy lub tekst, który zmienia sposób myślenia ludzi i dostaję świetny feedback – to mnie najbardziej motywuje. Świetne wyniki finansowe są miłe, ale paradoksalnie szybko pozostawiają we mnie poczucie pustki, którą natychmiast muszę wypełnić nowym wyzwaniem.

Redakcja: Bardzo dziękuję ci za niezwykle inspirującą rozmowę.

A.M.: Naprawdę miło mi to słyszeć. Wielkie dzięki.


Inżynierski niezbędnik Artura Mydlarza

Konkretne narzędzia i metody, które pomagają pracować mądrzej i zyskiwać nawet 5 godzin wolnego czasu dziennie.

  1. Modele AI:

  • Mądrze zaprojektowani asystenci AI pracują 10 razy szybciej i 5 razy precyzyjniej niż człowiek,

  • Claude (Anthropic): narzędzie najbardziej przydatne w codziennej pracy,

  • ChatGPT Plus: wersja płatna (ok. 80 zł miesięcznie) pozwala na tworzenie własnych projektów (GPTs). Używana np. do definiowania procedur, tworzenia instrukcji pracy oraz wyszukiwania marnotrawstwa w procesach.

  1. Metodyka ISO 9001 w pracy i życiu prywatnym

Cykl PDCA (Plan-Do-Check-Act), znany również jako cykl Deminga to uniwersalna struktura do realizacji dowolnego celu, np. odchudzania czy budowania kariery:

  • Plan: zrozumienie kontekstu, słabych stron i ryzyka,

  • Do: realizacja i zapewnienie zasobów (szkolenia, poprawa CV),

  • Check: sprawdzenie, czy podjęte działania przynoszą efekty,

  • Act: wyciągnięcie wniosków, poprawa planu i ponowne działanie.

  1. „Boostery” kariery:

  • Techniczny angielski: warto uczyć się konkretnej terminologii korporacyjnej i technicznej, która jest niezbędna do pracy w międzynarodowych firmach,

  • Umiejętności miękkie: Inteligencja emocjonalna, empatia, umiejętność budowania relacji (np. wspólna kawa z klientem lub współpracownikiem).

Autor

Agnieszka Szypielewicz

Agnieszka Szypielewicz

Content Project Manager

Dziennikarka i redaktorka z wieloletnim doświadczeniem w mediach.